W tym roku przypada siódma rocznica krachu na amerykańskim rynku
nieruchomości i uruchomienia lawiny, która doprowadziła do globalnego
kryzysu finansowego i recesji. Obchody odbywają się przy akompaniamencie
ostrzeżeń przed kolejną bańką, odnoszących się nie tylko do sytuacji w
Stanach Zjednoczonych, ale w wielu innych krajach. W Polsce nie widać
żadnych oznak do niepokoju. Mówi się jedynie nieśmiało o nadchodzącym
ożywieniu na rynku nieruchomości. Dopóki nie ma boomu, trudno mówić o
krachu.
Kasandryczne głosy, ostrzegające przed możliwością powtórki kryzysu
na rynku nieruchomości, zaczęły się pojawiać jesienią ubiegłego roku.
Formułowane były przez nie byle kogo. W tym gronie znaleźli się między
innymi Nouriel Rubini i Robert Shiller, którzy zasłynęli trafnymi
prognozami tego, co stało się w 2007 r. Shiller obawy związane ze zbyt
dynamicznym wzrostem cen nieruchomości formułował już w 2005 r. Siedem
lat później, gdy odbierał nagrodę Nobla, twierdził, że dostrzega oznaki
formowania się baniek spekulacyjnych w wielu krajach, wymieniając między
innymi Chiny, Brazylię, Indie, Australię, Norwegię, Belgię. Rubini
uzupełniał tę listę, wyliczając aż osiemnastu kandydatów zagrożonych
powstaniem spekulacyjnego bąbla, dodając między innymi Szwajcarię,
Niemcy, Kanadę, Nową Zelandię, Londyn czy tureckie metropolie. Mniej
więcej w tym samym czasie, Bundesbank ostrzegł, że ceny w największych
miastach Niemiec mogą być przewartościowane nawet o 20-25 proc. Kilka
tygodni później, pojawiły się ostrzeżenia kierowane do banków przez
australijski bank centralny i opinie innych ekonomistów, wskazujących na
oznaki zagrożenia w Kanadzie. Zwracano uwagę na sięgające 7-9 proc.
zwyżki cen nieruchomości we wszystkich tych krajach. W największych
miastach dynamika sięgała kilkunastu procent. Podobnie jest w USA, gdzie
indeks S&P/Case-Shiller od kilkunastu miesięcy idzie w górę o 11-13
proc.
Według niemieckiego banku centralnego, w 2013 r. ceny nieruchomości w
miastach wzrosły o 6,25 proc., najmocniej od kilkunastu lat. W
pierwszych tygodniach 2014 r. analitycy brytyjskiego banku Nationwide
opublikowali raport, z którego wynika, że w 2013 r. zanotowano
dynamiczny wzrost cen nieruchomości, sięgający w grudniu 8,4 proc.
Podobnie jak w wielu innych krajach, zwyżki są niepokojąco silne w
największych miastach. W Londynie ceny domów w ubiegłym roku poszły w
górę o 15 proc. Obniżki stóp procentowych, mające na celu obniżenie
kursu walut w takich krajach jak na przykład Norwegia, doprowadziły do
nadmiernego ożywienia na rynku nieruchomości, który zaczął niepokoić
tamtejsze władze już w 2012 r. Ruch na nim, podobnie jak gdzie indziej,
generowany był w widocznym stopniu przez inwestorów z zagranicy. Obawa
przed bańką, tworzącą się z tych samych powodów, skłoniła na początku
2014 roku szwajcarski bank centralny do zaostrzenia wymogów kapitałowych
w tamtejszym sektorze finansowym.
Najnowsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości wskazują na
wyhamowywanie dynamiki zarówno wzrostu cen, jak i innych parametrów,
charakteryzujących koniunkturę w tym segmencie. To konsekwencja wzrostu
rynkowej ceny pieniądza, wynikającego z zapowiedzi ograniczania skupu
obligacji przez Fed, a następnie rozpoczęcia tego procesu. Obecnie
czynnikiem ograniczającym boom jest perspektywa początku cyklu
zaostrzania polityki pieniężnej przez rezerwę federalną. Choć sytuacja
zaczyna przypominać scenariusz sprzed kilku lat, gdy stopy w Stanach
Zjednoczonych najpierw gwałtownie szły w dół, a w 2005 r. równie
dynamicznie rosły, można mieć nadzieję, że amerykański bank centralny
wyciągnął z tamtej lekcji odpowiednie wnioski i obecnie będzie działał
znacznie bardziej ostrożnie. Podejmowane dotąd działania, jak również
krytykowane deklaracje w sferze komunikacji z rynkiem, powinny skutkować
raczej powolnym spuszczaniem powietrza, niż radykalnym przekłuwaniem
nie tak bardzo napompowanej jeszcze bańki. Krachu nie należy obawiać się
także z innych powodów.
Jednym jest perspektywa ożywienia gospodarczego w większości krajów, w
tym w szczególności w Stanach Zjednoczonych. Jedynym wyjątkiem,
budzącym uzasadniony niepokój są Chiny. Ponadto na rynku widoczne są
oznaki działania mechanizmów samoregulacyjnych. Wzrost rynkowych stóp
procentowych w USA oraz zwyżka cen nieruchomości doprowadziły w
pierwszych miesiącach 2014 r. do wyraźnego zahamowania liczby
udzielanych kredytów hipotecznych. Chętni do kupowania domów na kredyt,
nauczeni doświadczeniami poprzedniego kryzysu, są więc dużo bardziej
rozważni. Ostrożności należy spodziewać się także w działaniach banków.
Nasz rynek nieruchomości i kredytów hipotecznych znajduje się w
kontekście tych tendencji na zupełnie innym etapie. Jak wynika z danych
NBP z siedmiu największych miast, ceny transakcyjne mieszkań na rynku
pierwotnym zaczęły wykazywać lekką tendencję wzrostową od początku 2013
r., po tym jak w ostatnich miesiącach 2012 r. osiągnęły lokalny dołek.
Od tego czasu zwyżka sięgnęła niespełna 7 proc. Pierwszy kwartał 2014 . r
przyniósł niewielki spadek cen. Można więc mówić co najwyżej o
nieśmiałym ożywieniu i trosce o pobudzenie koniunktury, choćby poprzez
program Mieszkanie dla Młodych, a nie obawach przed bańką. Ożywienie
dyskontowały już w ubiegłym roku kursy akcji części firm deweloperskich,
notowanych na warszawskiej giełdzie. Realną niewielką poprawę, czyli
wzrost liczby sprzedanych mieszkań, zaczynają one sygnalizować dopiero
od niedawna. Biorąc pod uwagę te wczesne sygnały, perspektywę ożywienia w
gospodarce oraz fakt, że nasz rynek notuje sięgające kilka kwartałów
opóźnienie wobec tendencji panujących na rynkach rozwiniętych, można
spodziewać się stopniowej poprawy w ciągu kolejnych kilku-kilkunastu
kwartałów. Te czynniki, w połączeniu z rekordowo niskimi stopami
procentowymi oraz perspektywą ich utrzymania na tym poziomie być może
nawet do przyszłego roku, tworzą warunki coraz bardziej sprzyjające
zainteresowaniu rynkiem nieruchomości zarówno z uwagi na własne potrzeby
mieszkaniowe, jak i w celach inwestycyjnych. Na wielką hossę trudno
liczyć, ale umiarkowana dynamika zmian to z wielu powodów bardziej
zaleta niż wada naszego rynku nieruchomości. Od szczytu boomu z 2008 r.
do późniejszego o kilka lat dołka, średnie ceny mieszkań spadły o około
18 proc. Obecnie znajdują się 14 proc. poniżej poziomu historycznych
rekordów.
Roman Przasnyski, Open Finance
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz